pless.pl - medium nr 1 w Pszczynie pless.pl

medium nr 1 w Pszczynie

Wiadomości

  • 3 lipca 2012
  • wyświetleń: 16750

Wywiad z ojcem Łukasza Piszczka

Tygodnik "Echo" przeprowadził rozmowę z Kazimierzem Piszczkiem z Goczałkowic-Zdroju, ojcem Łukasza Piszczka, piłkarza reprezentacji Polski, obecnie też zawodnika Borussii Dortmund.

Kazimierz Piszczek
Kazimierz Piszczek - lat 54, goczałkowiczanin z dziada pradziada, jak mówi całym życiem i sercem związany ze sportem w Goczałkowicach Zdroju. Ojciec Marka, Adama i Łukasza (ten ostatni urodził się w szpitalu w Czechowicach, stąd czasem mówi się, że jest z Czechowic). · fot.


Renata Botor (Tygodnik "Echo"): - Był pan na meczach naszej reprezentacji w czasie Euro?

Kazimierz Piszczek: - Byliśmy z żoną i w Warszawie, i we Wrocławiu.

- Z synem mogliście się widywać?

- Nie ma takiej możliwości. Po meczu zawodnicy od razu do autobusu wsiadają i jadą do hotelu. Jedynie dzwoniliśmy do siebie. Oczywiście też nie od razu, ale dopiero na drugi dzień rano.

- Gdy umawiałam się z panem na rozmowę, powiedział pan, że teraz to już nie ma o czym gadać, bo Polska nie wyszła z grupy. Jest pan bardzo zawiedziony?

- Chyba jak każdy kibic. Może nie jestem zawiedziony, ale czuję niedosyt.

- Rozmawiał pan o tym z synem?


- Widziałem, że przeżywał, że nie wyszli z grupy, ale sportowiec musi się szybko zregenerować. Stało się jak stało, to jest piłka. Za trzy tygodnie wraca do Dortmundu.

- Przyjedzie na chwilę do domu?

- Był już w domu, w ostatni poniedziałek. Cała rodzina się zjechała. Starszy syn przyleciał z Anglii (na ostatnim meczu też był).

- Bracia Łukasza też grają w piłkę?

- Najstarszy syn, Marek, grał w GKS-ie Tychy, średni, Adam, też grywał, ale kontuzje mu przeszkodziły. Łukasz jest najmłodszy.

- Zdarza się jeszcze pograć przed domem w czwórkę w nogę?

- Pewnie. Jak tylko są wszyscy w domu. Kobiety wtedy krzyczą, że po kwiatkach im biegamy (śmiech). Jeden drugiemu jakieś sztuczki z piłką pokazuje.

- Często się widujecie z Łukaszem?

- Jeździmy na rozgrywki w Bundeslidze minimum raz w miesiącu. Dojazd jest dobry, bo z Pyrzowic samoloty odlatują do Dortmundu dwa razy dziennie.

- Jedziecie w odwiedziny czy na mecz?

- Na mecz przede wszystkim.

- Żona też?

- Oczywiście. Żona zresztą w młodych latach grała w siatkówkę, więc ze sportem też miała styczność. W domu razem oglądamy mecze.

- Liczył pan kiedyś, że Łukasz zajdzie tak daleko?

- Nie liczyłem na to. A zdobył z zespołem mistrzostwo Polski juniorów młodszych, starszych, seniorów, dwa razy mistrzostwo Niemiec, ostatnio Puchar Niemiec po fantastycznym meczu z Bayernem Monachium. To spore osiągnięcia.

- Pan był jego pierwszym trenerem?

- Trener to za dużo powiedziane. Może go tylko jakoś ukierunkowałem... Ja też grałem w piłkę,jeszcze mając 40 lat - amatorsko w Goczałkowicach. Trenowałem także trampkarzy młodszych. Syn, gdy miał 4-5 lat, na treningi ze mną chodził. Najpierw siedział z boku i patrzył, a potem próbował. Był dużo młodszy i niższy, ale kopał. Gdy miał 9-10 lat widziałem, że wyprzedza swój rocznik w szybkości i technice. Gdy skończył ósmą klasę (to był ostatni rocznik bez gimnazjum), trener Krzysztof Stojek doradził, by Łukasza posłać dalej, najlepiej do Gwarka Zabrze. I tak się zaczęła jego przygoda.

- Jako 14-latek wyjechał już z domu...

- Tak, był w internacie, przyjeżdżał tylko na niedziele. Żona miała sporo wątpliwości, gdy podejmowaliśmy tę decyzję. Wolałaby, żeby dojeżdżał. Ale nie było takiej możliwości, by pogodzić szkołę, treningi i dojazdy. Na szczęście okazało się, że w Gwarku jest wszystko dobrze zorganizowane. Dyrektor szkoły, który jest zarazem prezesem klubu, bardzo duży nacisk kładzie na to, by zawodnik pilnował nauki (a jeśli się opuszcza, nie gra w meczach, co jest największą karą). Łukasz ukończył tam technikum, zdał maturę.

- Jak się okazało, chłopak z małych Goczałkowic został dostrzeżony przez kluby zagraniczne. Jak to się odbywa?

- Trzeba pokazać, że jest się dobrym. Muszą omijać cię kontuzje. Trzeba mieć trochę szczęścia. W Polsce jest mnóstwo takich talentów jak Łukasz, tylko trzeba umieć je wydobyć. Łukasz najpierw trafił do Herthy Berlin, potem do Borussii.

- Zamieszkał w Niemczech, co pewnie też takie łatwe dla młodego człowieka na początku nie było.

- Miał 19 lat. Często go odwiedzaliśmy. Poza tym miał bratnią duszę przy sobie, bo była z nim dziewczyna, obecnie żona (mają śliczną półtoraroczną córeczkę Sarę).

- W Niemczech poznał żonę?

- Nie, w szkole w Zabrzu. To więc miłość ze szkoły.

- Jako rodzice pewnie przeżywacie zarówno sukcesy, jak i porażki syna.

- W Eurosporcie pokazują praktycznie każdy mecz Bundesligi, więc zawsze kibicujemy. Po każdym meczu dzwonimy do siebie, pytamy, jak się czuje, czy nie ma kontuzji.

- Musieliście też państwo przeżywać sytuację, gdy o Łukaszu pisały media w związku z aferą korupcyjną. Pytaliście? On to wam jakoś tłumaczył?

- Tę sprawę uważamy za zakończoną. Tyle na ten temat. To przeszłość, do której już nie będziemy wracać.

- Zna pan plany syna?

- Dortmund, gdzie ma podpisany kontrakt do 2016 r. i na razie na tym się skupia.

- Mówi się o Realu Madryt.

- Rozmawiałem z synem i jak na razie były to tylko dywagacje prasowe. To znaczy coś było na rzeczy, ale nic konkretnego. Tu, wiadomo, najpierw muszą się kluby dogadać, ale póki co to nie nastąpiło.

- Jak w Goczałkowicach są przyjmowane dokonania Łukasza?

- Sąsiedzi, dzieci zawsze pytają. Miał zresztą kiedyś spotkanie w szkole.

- Kariera nie uderzyła mu do głowy?

- Jak dotąd mu nie uderzyła i myślę, że to się nie zmieni. Łukasz nie lubi pchać się na afisz ani udzielać wywiadów. To też raczej domator.

- Flagi w Goczałkowicach były wywieszone na Euro?

- Oczywiście. Ja zdejmę dopiero, gdy Euro się skończy.

- A czego pan najbardziej życzy synowi?

- Żeby omijały go kontuzje.

Renata Botor / Tygodnik Echo, źródło: Tygodnik Echo

REKLAMA

Komentarze